Magazyn Muzyczny Heart & Soul

Lodówka, odkurzacz i lampa. 47 lat od debiutu.

<< Wróć do Recenzje

08 maja 2026

Dokładnie 47 lat temu, 8 maja 1979 roku, na półkach brytyjskich sklepów muzycznych pojawił się album "Three Imaginary Boys". Debiut grupy The Cure to płyta pełna paradoksów. Pozbawiona największych hitów zespołu, wydana z okładką, której muzycy szczerze nienawidzili, a jednak stanowiąca kluczowy punkt wyjścia dla jednej z najważniejszych karier w historii brytyjskiej muzyki.

 

Kiedy myślimy o The Cure, przed oczami staje nam zazwyczaj Robert Smith z charakterystyczną, tapirowaną fryzurą i rozmytą szminką, otulony warstwami gitarowego mroku. W 1979 roku sprawy wyglądały jednak zupełnie inaczej. Młode trio – Smith, Michael Dempsey (bas) i Lol Tolhurst (perkusja) – zaledwie uczyło się studyjnej rzeczywistości. Za sterami produkcji stanął Chris Parry z wytwórni Fiction Records i to on podejmował najważniejsze decyzje.

 

Najlepszym symbolem braku wpływu zespołu na własne dzieło jest okładka płyty. Nie uświadczymy na niej twarzy muzyków. Zamiast nich Parry zaprezentował wizerunek trzech przedmiotów z gospodarstwa domowego: stojącej lampy (symbolizującej Smitha), lodówki (Dempsey) i odkurzacza (Tolhurst). Zespół dowiedział się o tym po fakcie. Smith wspominał później z goryczą, że fani przychodzili pytać o głęboki przekaz tej grafiki, a oni sami nie mieli pojęcia, co odpowiedzieć. To traumatyczne doświadczenie utraty decyzyjności ukształtowało późniejsze, bezkompromisowe podejście lidera The Cure. Smith obiecał sobie, że już nigdy nie odda władzy nad własną muzyką w cudze ręce.

 

Brzmieniowo "Three Imaginary Boys" to chłodny, minimalistyczny post-punk, któremu daleko do wielopoziomowych, melancholijnych pejzaży znanych z płyt takich jak "Disintegration", czy dopracowanego hipnotycznego mroku z „Faith” i „Seventeen Seconds”. Słychać tu młodzieńczą energię, ale okraszoną już specyficzną, neurotyczną wrażliwością.

 

Otwierający album "10:15 Saturday Night" z genialnym, rwanym rytmem perkusji, do dziś pozostaje jednym z najbardziej urokliwych wczesnych nagrań zespołu. Hipnotyczne "Fire in Cairo" czy pełne niepokoju "Another Day" zapowiadały ogromny potencjał kompozytorski Smitha.

 

Na trackliście znalazły się jednak momenty, które dziś budzą uśmiech politowania – jak choćby odśpiewany przez Dempseya cover "Foxy Lady" z repertuaru Jimiego Hendrixa. Utwór ten znalazł się na płycie decyzją producenta, wbrew woli samego frontmana zespołu.

 

Dla współczesnego, początkującego słuchacza największym szokiem przy kontakcie z oryginalnym brytyjskim wydaniem "Three Imaginary Boys" jest brak kluczowych piosenek.

 

Na liście utworów nie znajdziemy "Boys Don't Cry", "Killing An Arab" ani "Jumping Someone Else's Train". Najpopularniejsze wczesne hity grupy zostały wydane wyłącznie jako single. Pojawiły się na długogrającym krążku dopiero rok później, w 1980 roku, przy okazji specjalnego amerykańskiego wydania z przebudowaną tracklistą, zatytułowanego po prostu "Boys Don't Cry".

 

Z perspektywy czasu "Three Imaginary Boys" to płyta-szkic. Zespół eksperymentował z formą i szukał własnego głosu w post-punkowym chaosie. Mimo ogromnej frustracji Roberta Smitha, ten 47-letni krążek pozostaje cennym, surowym dokumentem epoki. Zatrzymuje w czasie moment, w którym młodzi chłopcy z Crawley przygotowywali się do tego, by wkrótce pogrążyć się w mroku i całkowicie zmienić zasady gry na brytyjskiej scenie muzycznej.

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy  KLIKNIJ TU i wesprzyj naszą stronę.

 

Click HERE to support our website.