Zaledwie dwa studyjne albumy wystarczyły, by Joy Division na zawsze zapisało się w historii jako jeden z najbardziej mrocznych fenomenów muzyki rockowej. Zanurzenie w twórczości manchesterskiej grupy to doświadczenie graniczne, które bezwzględnie odziera ze złudzeń i wymusza konfrontację z absurdem istnienia, wyciągając na wierzch lęki ukryte na samym dnie podświadomości. Zawsze gdy igła gramofonu dotyka płyty, przestrzeń natychmiast wypełnia się fizycznym, przeszywającym chłodem. Ta muzyka opiera się próbom gatunkowego przyporządkowania – to precyzyjna, bezkompromisowa autopsja, jakiej poddawana jest ludzka kondycja w świecie odartym z metafizycznego oparcia.
Głos Iana Curtisa, zawieszony w niepokojącej próżni między histerycznym szeptem a posępnym, niskim brzmieniem, zapowiada ów rozedrgany stan już w pierwszych taktach debiutanckiej płyty Unknown Pleasures. W otwierającym ją Disorder wyznaje gorączkowo: „I've got the spirit, lose the feeling, let it out somehow” (Mam duszę, tracę uczucia, pozwalam im odejść). Słowa te, niczym skalpel, przecinają gęste, klaustrofobiczne pejzaże tkane przez pulsujący bas Petera Hooka i surowe, mechaniczne bębny Stephena Morrisa. Twórczość zespołu wykracza daleko poza ramy muzyki popularnej, stając się nasyconym fatalizmem traktatem o ludzkim upadku i desperackim poszukiwaniu sensu w świecie nasyconym lękiem i smutkiem. Liryka Curtisa, niezwykle erudycyjna i boleśnie osobista, stanowi lustro, w którym z przerażającą ostrością odbijają się zmagania największych myślicieli nowoczesności, nierozerwalnie splecione z intymnym dramatem wokalisty – jego wyniszczającą i ostatecznie przegraną walką z własnym ciałem.
W tej architekturze rozpaczy wyraźnie pobrzmiewają echa psychopatologii zurbanizowanej rzeczywistości, tak sugestywnie odmalowanej w prozie J.G. Ballarda. Nadając kompozycji tytuł Atrocity Exhibition, Curtis sięga bezpośrednio do kultowej powieści brytyjskiego wizjonera, by ukazać codzienność jako makabryczny teatr. U obu twórców jednostka zostaje przytłoczona przez betonową rzeczywistość, a jej wewnętrzne pęknięcia stają się publiczną wystawą, darmowym eksponatem w muzeum alienacji. „This is the way, step inside” (Tędy droga, wejdź do środka) – zaprasza wokalista z niemal demoniczną uprzejmością, wcielając się w rolę znużonego przewodnika po galerii koszmarów. Zacierają się tu granice między podmiotem cierpiącym a chłodnym okiem obserwatora – i staje to porażająco realne, gdy uświadomimy sobie, że dla Curtisa ową „wystawą okrucieństw” bywały jego własne koncerty. Publiczność, często nieświadoma skali tragedii, z fascynacją chłonęła jego epileptyczne drgawki na scenie, biorąc autentyczną, neurologiczną agonię za element artystycznej ekspresji. Ciało artysty stawało się klatką wystawioną na widok publiczny. W hipnotycznym Shadowplay z Unknown Pleasures wokalista ponuro konstatuje: „In the shadowplay, acting out your own death, knowing no more” (W teatrze cieni, odgrywając własną śmierć, nie wiedząc nic więcej). Scena była dla niego miejscem, w którym każdy spazm wycieńczonego organizmu ulegał przekształceniu w upiorne przedstawienie.
Desperacka próba ucieczki od zdradzającego go organizmu prowadzi słuchacza prosto w objęcia Międzystrefy – Interzone. Zapożyczając ów termin z Nagiego lunchu Williama S. Burroughsa, wokalista mapuje mroczne terytorium zanurzonego w chorobie umysłu. U amerykańskiego pisarza Międzystrefa była halucynacyjną przestrzenią wyjętą spod prawa, unieważniającą podziały na moralność i jawę. W ujęciu z debiutanckiego albumu pojęcie to zyskuje nową, tragiczną gęstość – staje się metaforą wewnętrznego rozdarcia człowieka, którego układ nerwowy jest tykającą bombą: „Down the dark streets, the houses looked the same, Getting darker now, faces look the same” (Mrocznymi ulicami, domy wyglądały tak samo / Ściemnia się, twarze wyglądają tak samo). To permanentne zawieszenie między pełnią życia a widmem nicości. Z każdym kolejnym atakiem, z każdą utratą świadomości, Curtis osuwał się głębiej w tę szczelinę bytu. W przejmującym She's Lost Control śpiewał z dystansem obiektywnego narratora, a jednak z brutalną precyzją dokumentował własną bezradność, wstyd i paraliżujący strach. Relacjonował obezwładniające poczucie zdrady ze strony materii własnego ciała, które odmawiało posłuszeństwa w najmniej oczekiwanych momentach.
To dojmujące poczucie osaczenia przez niewidzialne siły naturalnie splata teksty zespołu z dorobkiem mistrza egzystencjalnej paranoi – Franza Kafki. W kompozycji Colony, nierozerwalnie związanej ze wstrząsającym opowiadaniem W kolonii karnej, czy Proces, zgłębiony zostaje motyw absurdalnego mechanizmu kary, która spada na człowieka bez żadnej zrozumiałej winy. Słuchając gorączkowego wyznania: „A cry for help, a hint of anesthesia, the sound from broken homes” (Krzyk o pomoc, odrobina znieczulenia, dźwięk z rozbitych domów), można fizycznie odczuć narastającą duszność kafkowskiego świata. To obezwładniający chłód systemów, w których jednostka jest zaledwie numerem, oraz przerażające przeczucie, że wszyscy bierzemy udział w procesie o nieznanych regułach. Kafkowska machina tortur odnajduje tu swoje bezlitosne odbicie w biologicznej opresji samego wokalisty, w zaduchu szpitalnej sali i farmakologicznym otępieniu. Curtis jawi się tu jako zdezorientowany więzień próbujący odczytać wyrok wyryty na własnej skórze przez nieuleczalne schorzenie - człowiek uwięziony w labiryncie, zmagający się z bezosobową medycyną, która potrafiła go jedynie chemicznie uspokoić, nie oferując żadnej drogi ratunku.
Nieuchronny fatalizm oraz narastający ciężar trwania zakotwiczają narrację grupy w jeszcze głębszej tradycji – w mrokach wielkiej literatury rosyjskiej. Kiedy z głośników płyną apokaliptyczne tony Dead Souls, obecność Mikołaja Gogola jest niemal namacalna. Martwe dusze w ujęciu manchesterskiej grupy to potężne, wibrujące niepokojem studium wewnętrznej pustki i dziedzictwa, którego nie sposób udźwignąć. „Where figures from the past stand tall, And mocking voices ring the hall, They keep calling me” (Gdzie postacie z przeszłości stoją dumnie, A drwiące głosy dzwonią w korytarzu, One wciąż mnie wzywają) – śpiewa Curtis, stając się uosobieniem neurotycznego uciekiniera, którego zawsze doganiają własne demony. Podmiot liryczny niepokojąco przypomina udręczonego bohatera Notatek z podziemia Fiodora Dostojewskiego, zmagającego się z niewyobrażalnym brzemieniem, które miażdży psychikę, zanim jeszcze wycieńczone napięciem i skutkami ubocznymi leków ciało ostatecznie się podda. W powolnym, niemal żałobnym rytmie utworu Day of the Lords, wokalista podnosi ów rosyjski fatalizm do rangi absolutnego krzyku rozpaczy, desperacko pytając: „Where will it end? Where will it end?” (Gdzie to się skończy? Gdzie to się skończy?). To zapytanie rzucone w absolutną pustkę, na które milczy zarówno literatura klasyczna, jak i medyczne diagnozy.
Całą tę misterną, obolałą tkankę przenika chłód egzystencjalnej refleksji. Słowa Curtisa nie są jednak bezpieczną, akademicką teorią wyczytaną z kart filozoficznych traktatów – stanowią raczej żywy, pulsujący dowód tych poszukiwań, odczuwany na najgłębszym, biologicznym poziomie. Filozofia egzystencjalna opisywała heideggerowskie poczucie „wrzucenia w byt”, który sam w sobie jest całkowicie obojętny, oraz sartre'owskie dojmujące „mdłości”, wynikające ze zderzenia z bezsensowną, nadmiarową materią świata. Wokalista Joy Division przeżywał te niepokoje nie jako intelektualny koncept, lecz jako udrękę własnej codzienności. Dla niego wyobcowane, toczone neurologiczną chorobą ciało było właśnie ową niepojętą materią – ciężarem niosącym cierpienie pozbawione wyższego, duchowego celu.
Z kolei Albert Camus pisał o głuchym absurdzie – fundamentalnym pęknięciu między ludzką potrzebą sensu a milczącym wszechświatem. Manchesterska formacja w unikalny sposób zamieniła to kosmiczne milczenie w dźwięk. Podmiot liryczny w tekstach Curtisa do złudzenia przypomina Meursaulta z Obcego – człowieka odseparowanego od tętniącej życiem rzeczywistości niewidzialną szybą, chłodnego obserwatora, który nie potrafi odnaleźć się w społecznych konwenansach i normach. Różnica polega jednak na tym, że o ile Camus szukał w absurdzie buntu i kazał wyobrażać sobie heroicznego Syzyfa jako człowieka szczęśliwego, o tyle Curtis jest z tej nadziei całkowicie odarty. Jego syzyfowy głaz to postępujący paraliż woli i zanik kontroli nad własnym organizmem, które nie przynoszą wyzwolenia, a jedynie ciągną go w ciemność. W monumentalnym, przytłaczającym rezygnacją New Dawn Fades artysta dokonuje najtrudniejszego podsumowania własnej kruchości: „A loaded gun won't set you free, so you say” (Naładowana broń cię nie wyzwoli, tak mówisz). Dopełnia to chłodna, niemal obiektywna konstatacja z utworu Heart and Soul: „Existence, well, what does it matter? I exist on the best terms I can” (Egzystencja, cóż, jakie to ma znaczenie? Egzystuję na najlepszych warunkach, na jakich potrafię). To filozofia mrocznego determinizmu przeżywana nie w zadymionych kawiarniach literackich, lecz na zimnych ulicach upadającego Manchesteru – dręcząca świadomość rzucenia w świat, w którym pragnienie nadania sensu cierpieniu ostatecznie kapituluje przed głuchą ciszą.
Ostatni akt tego wstrząsającego dramatu rozegrał się u progu maja 1980 roku, w sali High Hall na Uniwersytecie w Birmingham. Drugiego maja, podczas swojego ostatniego koncertu, Ian Curtis przypominał już zaledwie widmo – człowieka bezpowrotnie pochłoniętego przez Międzystrefę, fizycznie i psychicznie wyczerpanego do granic możliwości. To majowe wystąpienie stanowiło upiorną kulminację jego własnej wystawy okrucieństw - rwący się głos i gasnące na scenie siły były jawnym dowodem na to, że nierówna walka z biologiczną i egzystencjalną maszynerią dobiega końca. W tym dusznym półmroku wyczerpany zespół zagrał utwór Ceremony – po raz pierwszy i, jak się miało okazać, ostatni wspólnie z Curtisem na żywo. Ta przejmująca kompozycja, zawieszona gdzieś pomiędzy bolesnym pożegnaniem a rozpaczliwą tęsknotą, stała się swoistym testamentem wokalisty. Niedługo później, zarejestrowana już bez jego udziału w studiu, dała początek nowemu rozdziałowi w historii ocalałych muzyków, którzy powołali do życia formację New Order.
Kilkanaście dni później, 18 maja, zapadła ostateczna cisza, o której tak często wspominał. Samobójcza śmierć dwudziestotrzyletniego artysty nie była jednak tylko tragicznym epilogiem, przypisem do historii zespołu. Stała się brutalnym, nieodwracalnym przypieczętowaniem wszystkiego, o czym śpiewał. Fatalizm Gogola, duszna beznadzieja Kafkowskiego labiryntu, zimny determinizm z pism egzystencjalistów i mroczna wizja ballardowskiej alienacji – to wszystko w ułamku sekundy przestało być hermetycznym językiem klasyków, a zmaterializowało się w jego jednostkowym, śmiertelnym losie. Twórczość Joy Division ostatecznie zamknęła się w czerni, nie pozostawiając miejsca na złudzenia czy tanie ukojenie. Przetrwała jednak jako radykalnie szczere obnażenie ludzkiej ułomności, zmuszające do stanięcia twarzą w twarz z największym mrokiem, i do dziś stanowi jeden z najbardziej przejmujących poetyckich pomników lęku w historii współczesnej kultury.
Piotr Karoński
Jeśli podoba Ci się to, co robimy KLIKNIJ TU i wesprzyj naszą stronę.
Click HERE to support our website.