Gdy cztery lata temu Editors postanowili nieco skręcić ze swojej artystycznej ścieżki i powędrować do krainy, w której króluje elektronika, obawiałem się, że zatracą się z tym świecie. Album „EBM” nie przemówił do mnie nawet jednym ciepłym słowem. Sporadycznie daję takim produkcjom drugą szansę, bo najczęściej pierwsze wrażenie jest tym autentycznym i trafionym. Patrząc na wcześniejszy dorobek zespołu, który od debiutanckiej płyty, był „mój”, próbowałem oswoić „EBM”, rozbić na atomy, by znaleźć chociaż ten jeden, który chciałbym zachować. Nie udało się. To doświadczenie pozostawiło we mnie ślad, który kazał mi podejść do najnowszego wydawnictwa Editors z dystansem i bez większych oczekiwań.
Słucham „Surface, Echo & Sound” już trzeci raz. Nie dlatego, że do trzech razy sztuka. Powód jest inny – najnowszy krążek nie porywa, jednak mile zaskakuje. Tom Smith z zespołem w cztery lata po wydaniu poprzedniego albumu wykonuje zgrabną woltę. Nie jest to wprawdzie zatoczenie koła i pełen powrót do surowych korzeni. To raczej ładnie podany koktajl stworzony z mieszanki wcześniej wypracowanego i rozpoznawalnego stylu z pewną domieszką nieeksplorowanych wcześniej przez Brytyjczyków muzycznych obszarów. „Surface, Echo & Sound” cieszy, lekko głaszcze, chwilami delikatnie drapie gitarowymi, brudnymi riffami, lecz niestety nie szarpie pazurami i nie rwie kłami ciała do krwi. Editors stworzyli poprawną płytę z melodiami, którym bliżej do indie-popu spod znaku Coldplay i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ciekawe w swym pierwotnym zamyśle kompozycje zostały częściowo przyprawione folkową substancją rodem z twórczości amerykańskich wykonawców, z których twórczością nigdy nie było mi po drodze.
Na tym momentami zbyt wygładzonym gruncie, absolutnym punktem oparcia mieni się być niezawodny Tom Smith. Jego baryton nie uległ na przestrzeni lat nawet najmniejszej erozji. To wciąż potężne, gęste od emocji narzędzie, które potrafi wznieść się na wyżyny nawet najbardziej zachowawczym aranżacjom. W jego śpiewie nadal wibruje ta sama rdzenna melancholia i chłód, która hipnotyzowała mnie podczas obcowania z wcześniejszymi płytami zespołu. Ten głos nadaje całości pożądanego ciężaru, brutalnie ściągając muzykę z powrotem na ziemię nie pozwalając całkowicie ulecieć w stronę banalnej lekkości.
Twardą kostną tkanką, który ostatecznie utrzymuje ten krążek w pionie, jest bez wątpienia warstwa liryczna. Smith nie skleja ze sobą przypadkowych słów. Wszak nigdy tego nie robił. Tu dokonuje jednak istotnego przesunięcia akcentów. Wcześniejsze płyty Editors bywały niemal do spodu przesiąknięte dojmującym mrokiem i egzystencjalnym lękiem, tymczasem nowe wersy wpuszczają do tych dusznych przestrzeni nieoczekiwane, emocjonalne ciepło, choć melancholia nie zniknęła i wciąż stanowi naturalne środowisko dla zespołu. Smith, zamiast staczać się w otchłań izolacji, uważnie szuka szczelin, przez które wpada światło nadziei. Liryczny krajobraz tej płyty to z jednej strony gorzka świadomość codziennych skaleczeń i uciekającego czasu, a z drugiej obezwładniająca potrzeba oparcia i szczera wiara w sens trwania przy drugim człowieku. Ta intymna, pozbawiona taniego patosu oraz wyświechtanych metafor opowieść wyrasta na największy atut całego wydawnictwa, znakomicie kontrując jego muzyczną, chwilami zbyt wygładzoną przystępność.
Czy „Surface, Echo & Sound” jest dobrą płytą? Z pewnością nie płytą złą. Płytą, która gdzieś pod gładką warstwą miękkiej substancji ukrywa coś, co złapie mnie za rękę i szepnie do ucha „posłuchaj”, a ja słysząc ten szept z pewnością ulegnę.
Piotr Karoński
Jeśli podoba Ci się to, co robimy KLIKNIJ TU i wesprzyj naszą stronę.
Click HERE to support our website.