Magazyn Muzyczny Heart & Soul

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Depeche Mode - Memento Mori recenzja płyty

<< Wróć do Recenzje

25 marca 2023

Wyd. 25 marca 2023

Sony Music Entertainment

 

 

Piętnasty album Depeche Mode to prawdopodobnie najbardziej wyczekiwana płyta 2023 roku. Jeszcze przed oficjalną premierą Memento Mori stała się gorącym medialnym tematem. Przedwczesna śmierć Andy’ego Fletchera, mroczny i sugestywny tytuł, dwa premierowe, tak różne stylistycznie, single, które stały się przyczynkiem do dyskusji, snucia domysłów. Jaki będzie najnowszy album, teraz już duetu Gore`a i Gahana? Mnogość opinii pływających po linii między dwoma skrajnymi punktami – zachwytem i rozczarowaniem, eksplozja emocji towarzysząca premierze, to niezaprzeczalny dowód na to, że jest to płyta stanowiąca kolejny istotny, potrzebny i trwały element, wznoszonej od  niepamiętnych czasów konstrukcji, na szczycie której mieni się wielokolorowym blaskiem neon – Historia muzyki.

 

Gdy muzycy Depeche Mode rozpoczęli pracę nad płytą, z pewnością nie spodziewali się, że jej tytuł nabierze całkiem innego, nowego wymiaru, zostanie naznaczony stratą, stanie się pryzmatem, dzięki któremu materiał na niej zawarty zyska nową płaszczyznę postrzegania. Śmierć, świadomość nieuchronności przemijania i konieczności odejścia, to coś, co towarzyszy zespołowi od zawsze. Zarówno w mrocznej, głębokiej twórczości Depeche Mode, złożonej ze swoistej mieszanki nihilizmu, nadziei, smutku i radości, jak i w realnej rzeczywistości, w której tak łatwo usłyszeć kroki zbliżającej się śmierci. Dziś, gdy muzycy musieli zmierzyć się ze śmiercią Andy`ego Fletchera, jednocześnie rozpoczynać nowy etap, słowa Memento Mori stały się bytem, który zagnieździł w organizmie zespołu i prawdopodobnie pozostanie w nim na długo, o ile nie na zawsze.

 

Jaka zatem jest najnowsza płyta?

 

Depeche Mode znam od lat młodzieńczych, dorastałem z ich twórczością, właściwie dojrzewaliśmy razem, ja śledząc ich artystyczne dokonania, Oni przechodząc przez kolejne etapy, od wczesnych, pełnych nadziei na karierę, muzycznie beztroskich, tanecznych, syntezatorowych kompozycji z płyty Speak&Spell,  przez początki kształtowania własnego stylu po odejściu Vince`a Clarka, na płycie A Broken Frame, następnie romans z surowym i industrialnym brzmieniem płyt Construction Time Again i Same Great Reward, monumentalne, rozwijające wyobraźnię, wywołujące dreszcze i emocjonalną burzę dzieła z Black Celebration, Music for the Masses i Violator, wspomagane brudnymi, silnie akcentowanymi gitarami kompozycje z Songs of Faith and Devotion. Poprzez Ultra, płytę naznaczoną problemami i zmaganiem się z nałogiem Gahana, czy kolejne z lepszymi, czy mniej zachwycającymi kompozycjami, albumy Exciter, Playing the Angel, Sounds of the Universe, Delta Machine, czy Spirit.

 

Cała twórczość Depeche Mode weszła we mnie i została w moim organizmie już na zawsze, czasem na chwilę zasypia, by znów się przebudzić i zacząć wrzeć i wypełniać po brzegi moje wnętrze. Ta, na stałe wszczepiona muzyczna substancja silnie wpływa na ocenę kolejnych dokonań zespołu, skłania do porównań, przykładania znanych i dobrze znanych kształtów i szablonów. Czy pomaga, czy zaburza obiektywizm? Nie mam pojęcia.

Czekałem na tę płytę, uległem zbiorowej hipnozie wyczekiwania. Pierwsze przesłuchanie, pierwsze emocje, pierwsze, szybkie i gorące spostrzeżenia, pierwsza myśl, która przeszyła umysł. Szepnąłem sam do siebie – to nie jest muzyka dla mas, to zbiór antyprzebojów, to płyta pozbawiona stadionowych, czy typowych radiowych hitów. Wyraźna podróż do lat osiemdziesiątych, wykorzystanie elektronicznych zapętlonych dźwięków, sekwenserów, noworomatycznego ducha, nie oznacza powrotu do beztroskiego, chwytliwego stylu lat minionych. To nie nostalgia, to mierzenie się z rzeczywistością, z tym, co tu i teraz, z istnieniem, demonami dnia codziennego, stratą, trwaniem, akceptacją tego, co nieuniknione. To muzyczna, emocjonalna podróż do wnętrza człowieka dojrzałego, który siłuje się ze światem, światem gdzie wszędzie czai się śmierć, która przypomina, że nie ma przed nią ucieczki. Historia ludzkości, to nieustające, utopijne dążenie do nieśmiertelności, pragnienie niemożliwego, kurczowe zaciskanie palców na brzegach tego, co doczesne, by nie utonąć, by przetrwać, by być, być zawsze i na zawsze, za wszelką cenę. Odwieczny dylemat dotyka każdego, jest uniwersalny, nie wybiera miejsc i czasu, nie wartościuje i nie klasyfikuje, nie ustawia w kolejce, nie dzieli, nie patrzy na społeczną pozycję, aktywa na koncie, równa wszystkich, bogatych i biednych, chorych i zdrowych, zdolnych i przeciętnych, artystów i zafascynowanych odbiorców ich twórczości. Gore i Gahan wiedzą o tym doskonale, nie czują leku, stawiają czoło okrutnej rzeczywistości, muzycznie wracają do przeszłości, nie po to, by karmić się tęsknotą, czerpią z niej, wykorzystują to, czym  przed laty porywali i zachwycali słuchacza, mentalnie tkwią w teraźniejszości, przyjmując postawę dojrzałego człowieka, traktując przemijanie z klasą i godnością. Walczą z z tym, co nieznane, idą naprzód, a niepewność przyszłości, wyrażana choćby w Ghosts Again:

 

"Time is fleeting… See what it brings…"

 

przez Gahana znajduje ukojenie w słowach śpiewanych przez Gore`a w Soul With Me:

 

"I’m ready for the final pages

Kiss goodbye to all my earthly cages

I’m climbing up the golden stairs…" .

 

Smutek wpleciony i głęboko wyczuwalny w utworach całej niemal płyty, nie stanowi  tu manifestacji żalu do świata, rozczarowania, nie sprawia, że muzycy wyrażają niechęć i żywią urazę, szukają własnego miejsca wśród wszystkich aksjomatów ludzkiego istnienia, nie zatracają się w smutku, wiedzą, że

 

"Time is fleeting",

 

jednocześnie dostrzegając siłę i piękno w tym, co pozornie może przytłaczać

 

"I see the beauty, As the leaves start falling".

 

Memento Mori to szeroka paleta emocji, przemyśleń i refleksji spiętych klamrą, którą stanowi temat śmiertelności, zawieszonych w niewidzialnej przestrzeni duchów, dusz i żałoby po utracie bliskich. Jednak nie jest to akt czystej rozpaczy, raczej udana próba dostrzeżenia sensu istnienia i celebrowania piękna przez czas, który nam pozostał.

Muzycznie płyta zaciera granicę między życiem, a śmiercią, przez nasycenie dźwiękami zarówno dla tych, których nie ma już fizycznie wśród nas, jak i wszystkich, którym dane jest nadal istnieć.

Rozpoczynający album My Cosmos Is Mine, kompozycyjnie przywodzi na myśl żałobny kondukt, swoiste zespolenie żywych i martwych.

Znajdziemy tu wiele znajomych dźwięków, sythpopowe syntezatory rodem z minionej epoki, wyraźnie dominujące  w kompozycji Wagging Tongue, czy Ghost Again, zachwycającą lirykę iście filmowej kompozycji Don`t Say You Love Me, charakterystyczne, dla pewnego etapu twórczości zespołu, przestery obecne w utworze My Favourite Stranger i Never Let Me Go, chwytliwą przebojowość z transowym rytmem, wykorzystywaną wielokrotnie w kompozycjach z wcześniejszych płyt Depeche Mode, w Caroline`s Monkey, przywołujący skojarzenia z najlepszymi dokonaniami Kraftwerk rytm w People are Good, czy liryczny śpiew w Speak To Me, utworem będącym finałem płyty zwieńczonym teatralnym aktem, pełnym niepokojącego chaosu.

 

Memento Mori to z pewnością płyta ważna, trudna i wymagająca, niepochłaniająca słuchacza przy pierwszym przesłuchaniu, potrzeba czasu, by przeniknęła głębiej, dała poznać wszystkie swoje mroczne i jasne strony. Płyta, na której na równi z warstwą muzyczną ogromną rolę odkrywa część liryczna, bo piętnasty album Depeche Mode, to bardziej muzyka dla duszy niż dla ciała.

Czas pokaże, czy wyznaczy nową wartość w twórczości zespołu, wytyczy kierunek, którym będą podążać, czy będzie zamknięciem, końcowym aktem twórczym ponad czterdziestoletniej działalności Depeche Mode.

(pk)

 

Jeśli podoba Ci się to, co robimy wesprzyj naszą stronę KLIKNIJ TU i postaw nam wirtualną kawę.

 

 

t