Lata dziewięćdziesiąte wdarły się na globalną scenę muzyczną z siłą niszczycielskiego huraganu, przynosząc radykalną zmianę brzmieniowego wektora i estetycznych priorytetów. Nowa dekada, zdominowana przez narastający zgiełk garażowego grunge'u z Seattle, chłodne industrialne zgrzyty i brutalność kiełkującego nu metalu, zaczęła grzebać eteryczną, powściągliwą estetykę, która w latach osiemdziesiątych wyznaczała kierunek rozwoju najbardziej wysublimowanej muzyki alternatywnej.
Wydany w kwietniu 1991 roku album „Blood” – trzecie i zarazem ostatnie dzieło monumentalnego projektu This Mortal Coil – ukazał się dokładnie na styku tych dwóch wykluczających się światów. Nie był on jednak próbą desperackiego dostosowania się do nowych, agresywnych realiów, lecz opozycją do otaczającego go hałasu i pomnikiem wzniesionym ku czci odchodzącej epoki.
Kiedy Ivo Watts-Russell, charyzmatyczny wizjoner, założyciel wytwórni 4AD i główny architekt tego wielogłosowego kolektywu, decydował się na ostateczne zamknięcie swojego najważniejszego życiowego przedsięwzięcia, sięgnął po szekspirowską metaforę z „Hamleta”. Sam termin określający nazwę projektu to nawiązanie do doczesnego zamętu, nieznośnego ciężaru ludzkiej egzystencji, od którego sztuka ma stanowić jedyną, choćby bardzo ulotną ucieczkę. Płyta ta jest absolutnym spełnieniem tej ponurej, acz fascynującej idei. To bezkompromisowa, trwająca niemal osiemdziesiąt minut dźwiękowa epopeja, żądająca od odbiorcy bezwzględnego, niemal fizycznego skupienia.
This Mortla Coil nigdy nie funkcjonował jako standardowy zespół z twardo przypisanymi rolami muzyków i sztywną wewnętrzną hierarchią. Była to raczej elastyczna, twórcza platforma, rotacyjne laboratorium zrzeszające najwybitniejsze talenty orbitujące wokół legendarnej londyńskiej oficyny. W tej ostatecznej, wyraźnie pożegnalnej inkarnacji współpraca kilkudziesięciu znakomitych artystów zyskała wysoce zorkiestrowany, kameralny, ale jednocześnie niesłychanie duszny od nagromadzonych emocji wymiar. Zimna, surowa rytmika, tak bardzo wyczuwalna na debiutanckim materiale, tutaj niemal całkowicie zniknęła, ustępując miejsca brzmieniom zdecydowanie bardziej organicznym, gęstym, wielowarstwowym i dogłębnie przemyślanym pod kątem akustyki i rezonansu. W każdym najdrobniejszym detalu tego misternego nagrania słychać precyzyjną rękę Johna Fryera, niezastąpionego współproducenta i genialnego inżyniera dźwięku, który wraz z Watts-Russellem cierpliwie tkał ten gęsty, wielobarwny arras. Razem stworzyli unikalną przestrzeń, w której długa, celowa pauza i absolutna, głucha cisza mają wagę dramatyczną całkowicie równą najsilniejszemu uderzeniu w struny gitary czy klawisze fortepianu. Autorskie kompozycje, nierzadko mające formę bardzo krótkich, ulotnych impresji instrumentalnych, płynnie splatają się tu z cudzymi utworami w jedną, nierozerwalną i fascynującą narrację. Sztuka reinterpretacji, stanowiąca od samego początku absolutny fundament artystyczny This Mortal Coil, na ostatnim krążku osiąga poziom mistrzostwa. Zamiast wiernego, rzemieślniczego odtwarzania oryginalnych melodii, zespół dokonuje ich drastycznej dekonstrukcji, wywraca je na lewą stronę i poddaje ponownemu, autorskiemu ponownemu zestrojeniu.
Znakomita piosenka „With Tomorrow” autorstwa Gene'a Clarka zostaje wręcz bezlitośnie odarta ze swojego stosunkowo optymistycznego, folkowego pancerza, transformując w kruchą, przeraźliwie smutną medytację nad nieubłaganie uciekającym czasem. Z kolei utwór „Late Night” z repertuaru Syda Barretta, w rozedrganym i hipnotyzującym wykonaniu Caroline Crawley z zespołu Shelleyan Orphan, traci całkowicie swoje pierwotne, szalone brzmienie na rzecz wyrafinowanej, chłodnej elegancji i dusznego nastroju mrocznego kabaretu, umiejscowionego się w pustej sali. To właśnie ta specyficzna, nienachalna elegancja, rozpięta między długimi, wieczornymi cieniami a surową estetyczną ascezą, stanowi niezaprzeczalnie tętniące serce całego albumu. Brytyjscy twórcy sięgają również bardzo głęboko do bogatych archiwów muzyki amerykańskiej, biorąc na warsztat twórczość Chrisa Bella, tragicznie zmarłego członka kultowej formacji Big Star. Interpretacja utworu „You and Your Sister”, zaśpiewana w duecie przez Kim Deal ze słynnego The Breeders oraz Tanyę Donelly z Throwing Muses, przynosi rzadki, jasny promień światła, absolutnie niezbędną chwilę wokalnego oddechu i ciepła w gąszczu gęstych, minorowych akordów. Potęga i potężny ciężar gatunkowy całego materiału opierają się jednak przede wszystkim na genialnym, wręcz rzeźbiarskim wykorzystaniu ludzkiego głosu, traktowanego tu w żadnym wypadku nie jako prosty dodatek do muzyki, lecz jako główny, absolutnie autonomiczny nośnik dramaturgii i wielopiętrowych znaczeń. Zaproszone na sesje nagraniowe znakomite wokalistki – obok wspomnianej już wcześniej Crawley są to między innymi Deirdre Rutkowski, Alison Limerick czy Heidi Berry – traktują powierzone im, niezwykle trudne partie nie jak standardowy rockowy czy popowy śpiew, lecz jako precyzyjne narzędzia do powolnego, metodycznego budowania gęstego napięcia psychologicznego. Szczególnie wstrząsająca jest rozbudowana kompozycja „I Come and Stand at Every Door”, bezpośrednio oparta na przejmującym wierszu tureckiego poety Nazıma Hikmeta, opowiadającym o tragedii siedmioletniej dziewczynki będącej bezbronną ofiarą wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie.
Głosy Louise Rutkowski, Deirdre Rutkowski oraz Tima Freemana tworzą w tym miejscu wielogłosowy, przenikliwy tren, lament o sile rażenia tak wielkiej i autentycznej, że jego dysonansowe wibracje osiadają na skórze i pod powiekami słuchacza bardzo długo po brutalnym urwaniu się nagrania. Instrumentarium wykorzystane w studiu nagraniowym radykalnie i bardzo ostentacyjnie odrzuca standardowy, sprawdzony rockowy kanon, z którego większość tych muzyków się przecież wywodziła.
Martin McCarrick oraz zaproszona do gościnnej współpracy Jocelyn Pook celowo wprowadzają do kompozycji majestatyczne, często bardzo chłodne i zdystansowane aranżacje smyczkowe, które w niebanalnym, zaskakującym połączeniu z syntetycznymi plamami klawiszy i bardzo kruchymi partiami gitar akustycznych budują dojmujące, wręcz klaustrofobiczne poczucie fizycznego zawieszenia w chłodnej próżni. W impresyjnych, w dużej mierze instrumentalnych fragmentach takich jak „The Lacemaker”, „Kangaroo” czy „Mr. Somewhere”, poszczególne dźwięki tworzą szerokie, puste pejzaże przestrzenne, wywołujące u odbiorcy głębokie uczucie totalnej izolacji i odcięcia od otaczającego świata.
Widoczny w znakomitej większości kompozycji absolutny brak tradycyjnego, metronomicznego rytmu wybijanego przez klasyczną perkusję sprawia, że czas na tym krążku gwałtownie zwalnia, całkowicie odkleja się od tarczy zegara, zaczyna powoli dryfować według własnych, nieprzeniknionych i całkowicie obcych naszemu codziennemu ludzkiemu doświadczeniu prawideł.
Sam tytuł dzieła – krótki, niezwykle dosadny i brutalny w swej ostatecznej prostocie wyraz – stanowi bardzo bolesne, bezpośrednie i pozbawione złudzeń przypomnienie o naszej czysto biologicznej kruchości i fizycznym wymiarze istnienia, z którego nie ma ucieczki. Substancja, o której mowa, to przecież prastary symbol witalności, pierwotnych genealogicznych więzów, namiętności i pasji, ale jednocześnie najdobitniejszy dowód naszej ostatecznej śmiertelności i przynależności do świata materii. Gdy swobodnie płynie w żyłach, podtrzymuje życie, gdy uchodzi z uszkodzonego ciała, zwiastuje absolutny, nieodwracalny koniec wszystkiego.
Ta podwójna, w równym stopniu fascynująca co przerażająca prawda fizjologiczna w pełni przenika całą warstwę liryczną oraz dźwiękową tego podwójnego wydawnictwa, czyniąc ten materiał wyjątkowo ciężkim, momentami mocno przytłaczającym i niewygodnym filozoficznym traktatem o nieuchronnym przemijaniu, bolesnej utracie najbliższych i przerażającym braku ostatecznej kontroli nad własnym, niepewnym losem.
Bardzo rozbudowane, wielowątkowe kompozycje o niemal symfonicznym rozmachu, takie jak potężne, trwające ponad osiem minut „Dreams Are Like Water”, błyskawicznie pochłaniają i zasysają nieostrożnego słuchacza niczym gęsta, lodowata głębia, nie dając absolutnie żadnego twardego oparcia dla gubiących się zmysłów. Z kolei poruszające, akustyczne „Nature's Way”, w oryginale wykonywane przez kalifornijską grupę Spirit, staje się tutaj żarliwym, tragicznym i niestety skazanym na porażkę apelem o przypomnienie sobie o potężnych, pierwotnych siłach bezkresnego kosmosu, z którymi nasza nowoczesna cywilizacja dawno straciła jakikolwiek duchowy i emocjonalny kontakt.
Niezwykły projekt graficzny płyty, stworzony przez wizjonerskiego projektanta Vaughana Olivera ze słynnego studia v23, ze swoimi celowo rozmytymi, głęboko niepokojącymi, rdzawymi teksturami i ciemną kolorystyką kojarzącą się z procesami utleniania, tylko mocniej potęguje to fizyczne odczucie obcowania z martwą materią, która powoli ulega nieuchronnemu rozkładowi na naszych oczach. Ivo Watts-Russell z niesłychaną, wręcz bezwzględną konsekwencją zamknął wielką historię This Mortal Coil, świadomie nie pozostawiając sobie ani swoim wiernym fanom najmniejszego marginesu na interpretacyjne niedopowiedzenia, przedłużanie stworzonej legendy czy otwarte awaryjne furtki do ewentualnego komercyjnego powrotu na scenę po latach milczenia.
Trzeci krążek projektu to muzyczne dzieło kategoryczne, ostateczne i całkowicie domknięte, które z wielką powagą i godnością brutalnie odcina się od jakichkolwiek przelotnych muzycznych mód i plastikowych trendów epoki, w której ostatecznie przyszło mu powstać i zadebiutować na rynku. Zamiast epatować fałszywą, pustą nadzieją, sztucznie podnosić na duchu, oferować zagubionym słuchaczom płytkie pocieszenie czy na siłę szukać łatwego, powierzchownego rozwiązania nawarstwiających się egzystencjalnych i pokoleniowych lęków, ta potężna artystyczna wypowiedź po prostu obdziera nas ze złudzeń i zostawia samotnego człowieka sam na sam z jego własną, pulsującą śmiertelnością i tykającym zegarem. To perfekcyjnie skrojony, potężny testament wybitnego twórcy pogrążonego w mroku. Owo zwieńczenie wieloletniej pracy nie potrzebuje żadnego sztucznego, uładzonego morału ani przyprawionej tanim optymizmem puenty, aby raz na zawsze przypieczętować i udowodnić swoją całkowicie wyizolowaną od bezlitosnego czasu, autentyczną i artystycznie miażdżącą wielkość.
Jeśli podoba Ci się to, co robimy KLIKNIJ TU i wesprzyj naszą stronę.
Click HERE to support our website.